Wydanie nr: 5 (177) PAŹDZIERNIK 2018
ISSN 1643-0883 | RPR 1392












Pomnik Paderewskiego

Uniwersytet im.Adama Mickiewicza





Gmina Kleczew









Natalii Drukarnia Etykiej

Zakład Gospodarki Komunalnej i Mieszkaniowe w Kleczewie













JAWI





































Uniwersytet Medyczny w Poznaniu - nowoczesna medycyna...

Wywiad z Prorektorem Uniwersytetu Medycznego w Poznaniu, prof. dr hab. Michałem Nowickim dla Europejskiego Magazynu Internetowego „EuroPartner” to kontynuacja   zainicjowanego przez naszą redakcję cyklu wywiadów prasowych z Rektorami poznańskich Uniwersytetów i Dyrektorami Instytutów Naukowych wywiadów, których celem jest  promowanie poznańskiej nauki, poznańskich naukowców i ich osiągnięć, którymi wzbogacają naukę polską i naukę światową. Jesteśmy przekonani, że wszyscy Rektorzy i Dyrektorzy poznańskich placówek naukowych przyjmą nasze zaproszenia do udzielenia podobnych wypowiedzi.

Redakcja: Panie Profesorze, jest Pan w Uniwersytecie Medycznym w Poznaniu Prorektorem do Spraw Nauki i Rozwoju Uczelni. Tym samym, należy Pan do grona Osobistości nadających Uczelni program rozwojowy dla wszystkich obszarów jej zainteresowań, badań naukowych i edukacji nowych pokoleń kadr medycznych przede wszystkim dla Polski, ale również dla zagranicy, ponieważ w Uniwersytecie Medycznym w Poznaniu studiuje wielu zagranicznych studentów.

Przygotowywanie programów rozwojowych, także projektów naukowych dla takiej Uczelni jak Uniwersytet Medyczny to wyjątkowe wyzwanie w kontekście światowego postępu w naukach medycznych i w praktyce lekarskiej. W polskich warunkach jest to wyjątkowo trudne. A do tego dodatkowym obciążeniem i zarazem wyzwaniem jest fakt, że poznański Uniwersytet Medyczny im. Karola Marcinkowskiego, to Uczelnia o prawie stuletniej tradycji i znakomitym notowaniu wśród podobnych uczelni w Polsce i w Europie.

Jak zdaniem Pana Rektora współczesny, poznański Uniwersytet Medyczny zasilający potencjał naukowy nie tylko polskiej, ale także światowej  medycyny, może i powinien zmieniać nie tylko naukowe medyczne, nie tylko lekarskie praktyczne, ale zdrowotne -  cywilizacyjne „oblicze” Polski i  jaki może mieć tym samym wpływ na naukę medyczną i praktykę  zdrowotną  w skali europejskiej i nawet globalnej?

Prof. dr hab. Michał Nowicki:
Na początku małe sprostowanie.  Jestem osobą odpowiedzialną w pierwszym rzędzie za odpowiednie ukierunkowanie potencjału naukowego Uczelni. Mówiąc bardziej obrazowo, stanowię swojego rodzaju łącznik między pomysłami naukowo-badawczymi pracowników naszego Uniwersytetu, a instytucjami oferującymi finansowanie tych działań. Staram się rozpoznawać najbardziej przyszłościowe wizje, razem z kierowanym przeze mnie Działem Nauki, Innowacji i Zarządzania Projektami pomagać w przygotowaniu i złożeniu dokumentacji aplikacyjnej, a także, w miarę możliwości, kojarzyć naszych pracowników naukowych z przedsiębiorcami, umożliwiając tym samym wdrażanie rozwiązań do codziennej praktyki
 
Odpowiadając natomiast na pytanie, Uniwersytet Medyczny w Poznaniu nie działa w próżni. Nie jest instytucją stworzoną samą dla siebie. Misją naszej uczelni jest kształcenie studentów, prowadzenie badań naukowych oraz zapewnianie najwyższego poziomu opieki zdrowotnej. Mając na względzie powyższe, współczesny poznański Uniwersytet Medyczny w Poznaniu musi być widoczny w regionie i Polsce, a w niektórych przypadkach również na świecie, jako instytucja poszerzająca horyzonty. W sposób aktywny namawiamy naszych pracowników naukowych i lekarzy do odważnego przedstawiania przełomowych badań, konkurowania z najlepszymi o granty naukowe, czy też unikania konformizmu.

W dzisiejszych czasach, w których dostęp do informacji jest łatwy jak nigdy dotąd, musimy pełnić rolę nie tylko edukacyjną i naukową, ale również opiniotwórczą. Spójrzmy, jak łatwo można zakazić społeczeństwo ideą antyszczepionkową. Jako społeczność uniwersytecka musimy w tym względzie stanowić zdecydowaną przeciwwagę. Zajmujemy zatem stanowisko w toczącym się społecznym dyskursie, spieramy się na argumenty, ufając, że "siła argumentów" jest zawsze lepsza od "argumentów siły". 

Reasumując, jednym z największych współczesnych wyzwań Uniwersytetu Medycznego w Poznaniu w zakresie zmieniania zdrowotnego "oblicza" Polski, jest swoista "profilaktyka wtórna" - stałe przypominanie społeczeństwu, że organizm ludzki jest niezwykle skomplikowanym mechanizmem, nieuznającym chodzenia na skróty i nieaprobującym prostych "internetowych" rozwiązań.

Redakcja: Jak wynika z dostępnych informacji, współkierowany przez Pana Rektora Uniwersytet Medyczny  systematycznie rozbudowuje swoje możliwości badawcze, poszerza obszar zainteresowań i edukacyjną ofertę naukową. Jest to oczywiście proces ciągły i perspektywiczny. Jakie aspiracje ma środowisko naukowe Uniwersytetu Medycznego, aby istniejący potencjał naukowy Uczelni  unowocześniać,  rozbudowywać, aby wyprzedzać i antycypować pojawianie się w nauce  światowej nowych, nie tylko zainteresowań i potrzeb badawczych, a także nowych możliwości technologicznych dla szeroko rozumianej medycyny?

Prof. dr hab. Michał Nowicki: Stawiamy w tej kwestii na systematyczność i pracowitość. Rzadko kiedy wielkie dzieła powstają wyłącznie pod wpływem iskry geniuszu. W ogromnej większości przypadków o sukcesie decyduje determinacja i pracowitość. Systematycznie zatem aplikujemy do krajowych i europejskich instytucji o finansowanie nowych projektów badawczych. Coraz częściej rozmawiamy z przedsiębiorcami, zapraszamy ich do współpracy. Wsłuchujemy się w ich oczekiwania i szukamy rozwiązań, mając na uwadze możliwości naukowe i infrastrukturalne naszego Uniwersytetu. Staramy się być obecni we wszystkich programach badawczych ogłaszanych przez Narodowe Centrum Nauki i Narodowe Centrum Badań i Rozwoju. Aktywnie korzystamy z tegorocznego wsparcia ze strony Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego przeznaczonego na Zintegrowane Programy Rozwoju Uczelni.

Reklamujemy się w Europie i na świecie nie tylko jako uczelnia dydaktyczna, ale również jako partner naukowy. Innymi słowy, w chwili obecnej staramy się zasiać jak najwięcej idei, ufając, że czas zbiorów przyjdzie za kilka lat. Choć już dzisiaj możemy się pochwalić pełnieniem funkcji lidera w międzynarodowych programach badawczych finansowanych z budżetu Unii Europejskiej, czy też coraz liczniejszym oferowaniem miejsc pracy dla utytułowanych pracowników z zagranicy (w pierwszym rzędzie z Niemiec).

Jak już wspomniałem wcześniej, stawiamy na poszerzanie horyzontów. W swoich spotkaniach z pracownikami naukowymi Uniwersytetu zawsze powtarzam, że im bardziej nieprawdopodobny pomysł badawczy kiełkuje w głowach naszych pracowników, to tym lepiej. Nie boimy się nowości, a każdą ideę przełamującą stereotypy i szablonowe myślenie staramy się jak najlepiej promować, wspierać i ubierać w takie słowa, aby znalazła swoje źródło finansowania.

Jakie są nasze najważniejsze aspiracje? Myślę, że łączenie sił i potencjału naukowego z innymi uniwersytetami Poznania. W pierwszym rzędzie z Uniwersytetem im. Adam Mickiewicza i Uniwersytetem Przyrodniczym. Jesteśmy zbyt małym miastem i ciągle nielicznym środowiskiem, aby między sobą konkurować. Potrzeba nam zbliżenia i wspólnych inicjatyw. Tylko wówczas możemy się stać liczącym graczem na międzynarodowej arenie.

Redakcja:
Na zakończenie, Panie Rektorze, sprawa niezwykle delikatna. Nowoczesne prace badawcze i szerzej, nowoczesna nauka, muszą być zasilane finansowo na wysokim poziomie. Teraz już nawet laicy wiedzą, że bez nakładów na badania i bez inwestowania we wdrożenie nowych osiągnięć naukowych, nowych technologii i technik, nie będzie ani potrzebnego rozwoju, ani dobrobytu, ani – jeżeli chodzi o medycynę – nowej cywilizacji zdrowia. Każda złotówka, każdy dolar i każde euro przeznaczone na naukę i jej rozwój, na badania i eksperymenty naukowe to, wielokrotność w formie zysku z gospodarki narodowej i wszystkich innych obszarów życia. Jak z problemami finansowania na wszechstronną działalność radzi sobie Uniwersytet Medyczny im. Karola Marcinkowskiego, a jakie ma rzeczywiste potrzeby finansowe dla kontynuowania rozwoju, dla poszerzanie międzynarodowej współpracy naukowej, dla kształcenia medyków już XXI wieku?

Prof. dr hab. Michał Nowicki: Każda odpowiedzialna uczelnia pozyskuje środki na finansowanie swojej misji z kilku źródeł. Pierwszym i niejako stałym zasileniem naszego budżetu jest dotacja pochodząca z ministerstwa. Przeznacza się ją na pokrycie kosztów kształcenia oraz utrzymanie potencjału naukowo-badawczego. Drugim źródłem są cyklicznie ogłaszane programy Narodowego Centrum Nauki, Narodowego Centrum Badań i Rozwoju, Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego, Fundacji na rzecz Nauki Polskiej czy też instytucji europejskich. W tym obszarze na bieżąco śledzimy ogłoszenia, przypominamy naszym badaczom o możliwościach składania aplikacji, wielokrotnie sami (jako władze UMP) zachęcamy naszych pracowników do przygotowywania wniosków. Ostatnie kilka lat przyniosło na tym polu szereg odczuwalnych korzyści. Jesteśmy wiodącą uczelnią medyczną w Polsce, jeżeli chodzi o liczbę pozyskanych i realizowanych grantów z Narodowego Centrum Nauki i Narodowego Centrum Badań i Rozwoju.

Systematycznie myślimy również o oczekiwaniach i potrzebach edukacyjnych, które pojawią się w najbliższych latach. W 2018 r. oddamy do użytku jedno z najnowocześniejszych centrów symulacji medycznych w Polsce. Proszę sobie wyobrazić, że część z pomieszczeń ww. centrum została w taki sposób zaaranżowana, aby odtworzyć warunki udzielania pierwszej pomocy w warunkach wypadku drogowego, czy też w realiach zatłoczonego mieszkania.

W najbliższych latach, w obrębie kampusu Uniwersytetu Medycznego w Poznaniu, u zbiegu ulic Przybyszewskiego i Marcelińskiej, powstanie pierwsze w Polsce Collegium Pharmaceuticum goszczące pod jednym dachem przedsiębiorców z przemysłu farmaceutycznego i naukowców z naszej uczelni. Istotną część środków potrzebnych na realizację tej inwestycji pozyskaliśmy z budżetu Wielkopolskiego Regionalnego Programu Operacyjnego. Na koniec, staramy się myśleć o potrzebach zdrowotnych miasta i regionu nie tylko w kategoriach kolejnej kadencji. Wyrazem tych działań są zdecydowane zabiegi na rzecz powstania pierwszego w Poznaniu Centralnego Szpitala Klinicznego - nieformalnego strażnika naszego dobrostanu fizycznego i psychicznego. Ta wieloletnia i wielomilionowa inwestycja nie może powstać bez wsparcia ministerialnego. Uczelnia w istotnym stopniu partycypuje w tych kosztach, a namacalnym przejawem tego działania jest budowa (z wygospodarowanych na ten cel środków Uniwersytetu Medycznego) Szpitalnego Oddziału Ratunkowego.

Redakcja: Panie Rektorze, bardzo dziękujemy Panu za udzielone wypowiedzi. Jesteśmy przekonani o tym, że im więcej, częściej i w sposób bardziej otwarty, z odpowiedzialną troską o naukę będziemy mówić i pisać o jej potrzebach i aspiracjach, możliwościach i braku tych możliwości, tym skuteczniej przyczyniać się będziemy do tworzenia nowej, opartej na wiedzy i nauce cywilizacji, nowej szeroko rozumianej kultury społecznej i nowej jakości życia ludzi w Polsce i na świecie.

Z Prorektorem Uniwersytetu Medycznego
im. Karola Marcinkowskiego w Poznaniu
Prof. dr hab. Michałem Nowickim
Rozmawiał Jerzy A. Gołębiewski.

___________________________________

Michał Nowicki - absolwent kierunku lekarskiego Uniwersytetu Medycznego im. Karola Marcinkowskiego w Poznaniu (wówczas Akademii Medycznej). Przez całe życie zawodowe związany z macierzystą uczelnią. Pracownik naukowy, pediatra i histolog. Promotor sześciu zakończonych przewodów doktorskich. Autor i współautor 140 pełnotekstowych anglojęzycznych publikacji naukowych wydanych w kraju i zagranicą. Od 2017 r. Kierownik Katedry i Zakładu Histologii i Embriologii. Prorektor ds. Nauki i Rozwoju Uczelni w kadencji 2016 - 2020. Prof. dr hab. Michał Nowicki to animator aktywności naukowej. Osoba zaangażowana w rozpoznanie mocnych stron Uniwersytetu i odpowiednie ukierunkowanie potencjału naukowego.


Przedruki tekstów tylko po uzyskania zgody redakcji EuroPartner


Poza uniwersytet potiomkinowski...

Protesty wywołane forsowaniem przez ministra Jarosława Gowina projektu nowej ustawy o szkolnictwie wyższym zainicjowały ważną debatę o społecznych funkcjach uniwersytetu. Ustawa Gowina zagraża bowiem właściwie wszystkim formom społecznej użyteczności wiedzy, wprowadzając na ich miejsce sprywatyzowaną instrumentalizację w służbie zysków kapitału. Strajk przeciw reformie edukacji wyższej okazał się czymś, co można nazwać rozpoznaniem bojem. W terminologii wojskowej oznacza to, że zamiast rozpoznania przy pomocy ukrytych zwiadowców, wysyła się oddział, który atakując powoduje, że w wyniku kontrataku ujawniają się pozycje przeciwnika. Metafora wojskowa jest myląca o tyle, że strajkujący takich „planów zwiadowczych" nie mieli, ale efekt jest podobny. Minister Gowin twierdził, że reforma była negocjowana szeroko, fakty są takie, że raczej negocjowano ją jedynie z tymi, którzy ogólną wizję ministra raczej podzielali, kontestatorzy czy nawet jedynie ewentualni korektorzy wizji ministerialnej przy stole negocjacyjnym widoczni już nie byli. Co więcej podczas końcowych prac nad ustawą pojawiło się w niej wiele zmian, „wrzut" nie negocjowanych z nikim, chociażby jak niesprawiedliwy dla naukowczyń postulat obniżenia ich wieku emerytalnego do lat 60. To wyrzuca je poza akademię w wieku, w którym mogłyby ukoronować swe kariery i szczególnie w naukach humanistycznych wykorzystać akumulowaną przez całe życie wiedzę.

Strajk to ujawnił, dzięki niemu w kilka dni uwidoczniło się jak wiele napięć, stanowisk i dyskusji o uniwersytecie zostało niewyartykułowanych, zepchniętych w cień. Osobiście podpisuję się pod stwierdzeniem Marcina Zaroda z jego tekstu „Ustawy bez poprawy" „Jestem krytyczny wobec postulatów osób okupujących Uniwersytet Warszawski, ale protestuję wraz z nimi". Strajk i wyrazy solidarności jakie strajkujący dostali w całym kraju pokazują, że reforma ministra Gowina, nie jest ani nieproblematyczna, ani nie jest witana entuzjastycznie przez jakże niejednorodne środowisko akademickie. Nie będę poniżej prezentować pełnej palety stanowisk sporu, osi dyskusji, chcę za to pokazać wizję nauki i uniwersytetu, która zdaje się umykać tak strajkującym jak i reformatorom.

Czemu służy uniwersytet?

Jestem filozofem, który był chemikiem, teraz zajmuję się dziedziną zwaną studia nad nauką i techniką (science technology studies). Moim polem badawczym są miejsca styku pomiędzy nauką, techniką a społeczeństwem oraz generowanymi przez to kontrowersjami, potrzebami, lękami. Ważną częścią badań na tym polu jest także rozpoznawanie społecznych funkcji nauki. W sporze wokół reformy widać rodzący się klincz pomiędzy jej zwolennikami i ich wizją użytecznego biznesowi uniwersytetu, oraz strajkujących broniących wizji uniwersytetu, który wpisuje się bezinteresowny ideał czystego poznawania. Nie jest mi po drodze z żadnym ze stanowisk. Jestem modernistą, zwolennikiem wizji  homo faber – człowieka wytwarzającego, uniwersytet w epoce nowoczesności był użyteczny, akademia pełniła różnorakie funkcje praktyczne, społeczne, kulturowe czy wreszcie te czysto technokratyczne: dostarczała innowacji technicznych.

Dziś neoliberalny kapitalizm wmówił nam, że praktyczny to tyle, co przydatny dla świata biznesu. O przydatność samego „świata biznesu" nikt już nie pyta. Stąd pomysł rad, które mają kontrolować naukę. Dobrze, zgodzę się na nie, ale tylko wtedy, gdy w radach nadzorczych spółek będzie miejsce na etaty dla naukowców i społeczników, którzy będą je kontrolować. Dlaczego ma to przebiegać tylko w jedną stronę? Przykład niedoszłego doktoratu mgr. Marka Goliszewskiego pokazuje jak problematyczny jest styk nauki i biznesu.

Nasze dyskusje są utrudnione, gdy pewne sprawy traktowane są jako konieczne, niepodlegające dyskusji. Takim jest połączenie idei wolnorynkowości z innowacją. Nie jest to oczywiste. Wie o tym premier Mateusz Morawiecki, autor wstępu do książki Mariany Mazzucato Przedsiębiorcze państwo. W książce tej włosko-amerykańska ekonomistka pokazała, że większość innowacji powstawała w publicznych, opłacanych przez podatników laboratoriach i ośrodkach tworzenia wiedzy.  Jej studium przypadku dotyczyło firmy-symbolu czyli Apple´a, drobiazgowa praca dowiodła, że właściwie wszystkie kluczowe innowacje powstały nie w ramach działalności tej korporacji, ale wcześniej w sektorze publicznym. To państwo bierze na siebie ryzykowne badania, otwiera fronty badawcze, dba o podtrzymanie infrastruktury nauki. Owszem świat biznesu odegrał swoją rolę, ale jako pas transmisyjny pomiędzy tymi, którzy tworzą (naukowcy) i tymi, którzy potrzebują (konsumenci, ale i obywatele). Nie chcę być źle zrozumiany, doceniam i zauważam rolę świata biznesu w rozpoznawaniu, ale także kreowaniu ludzkich potrzeb. Oprócz tych, którzy produkują potrzeba tych, którzy upowszechniają. Neoliberalny kapitalizm spekulacyjny jednak nie tylko nie produkuje, ale stanowi zaprzeczenie wytwarzania.

Rankingi, wydawnictwa komercyjne, uniwersytety w szponach „punktozy" nic nie wytwarzają, nie rodzą innowacji, one jedynie zarabiają na spekulacji i jak zauważa prof. Monika Kostera skupiają się na wytwarzaniu marki. W tym są podobne do prezydenta Trumpa, którego cała działalność polegała na spekulacji i budowaniu marki – swego nazwiska. Przywróćmy proporcje w docenianiu tych, którzy wytwarzają oraz tych, którzy opakowują to i upowszechniają. Zastanówmy się, też czy na pewno chcemy się zgodzić aby dominującym pasem transmisyjnym upowszechniającym innowacje był świat biznesu.

Wynajdywać, rozumieć, wyzwalać

Wróćmy jednak do praktyczności i uniwersytetu, Jurgen Habermas w klasycznym już tekście wyróżnił trzy funkcje nauki oraz typy interesów charakterystyczne dla każdej nich. Wyróżnił interes techniczny, praktyczny oraz emancypacyjny. I odpowiednio nauki uprawiać możemy jako empiryczne, historyczno-hermeneutyczne oraz krytyczne – emancypacyjne. Akademia ma zatem dostarczać wynalazków, innowacji (badania techniczne, stosowane nauki społeczne), wnosić swój wkład w poznanie świata w którym żyjemy i pomagać go nam zrozumieć (nauki społeczne i humanistyczne, ale i część popularyzacyjnych działań w obrębie nauk przyrodniczych), wreszcie ostatni aspekt to echo dziedzictwa Oświecenia, czyli traktowanie wiedzy jako elementu, który wyzwala człowieka.

Widzimy więc, że praktycznym można być na wiele sposobów. Wiedział to dobrze też fizyk, krystalograf, działacz pokojowy John Desmond Bernal który bywa uważany za praojca systemu „punktozy" czyli parametryzacji osiągnieć naukowych. Tak, to prawda, zaproponował on, rozwinięty później przez jego ucznia Dereka Solla Price’a system mierzenia osiągnięć naukowych i ewaluacji czasopism naukowych. Tyle tylko, że Bernal w swej książce o społecznych funkcjach nauki z 1939 r. więcej miejsca poświęcił temu, że nauka ma się przyczyniać do postępu, szerzenia pokoju na świecie, walki z nierównościami (proste pytanie – czy moje punktowane artykuły uratują choć jedno życie ludzkie od śmierci z głodu?). Owszem, Bernal chciał mierzyć naukę, punktować osiągnięcia, ale równocześnie więcej w książce poświęcił demokratyzacji stosunków w laboratoriach i walce o polepszenie bytu materialnego pracowników nauki (w tym tych na najsłabszych pozycjach jak pracownicy techniczni). Co więcej, jego wizja mierzenia – była ściśle związana z tradycją marksowską, chciał mierzyć impact factor, ale jako usprawnienie obiegu informacji pomiędzy naukowcami, dzięki czemu damy wyraz doniosłości odkrycia, włożonej pracy i wysiłku badawczego. Nie ma też nic złego w ewaluacji i mierzeniu wyników naszej pracy, ale najpierw trzeba wytworzyć to, co ma być mierzone.

Neoliberalna punktomania i rankingomania to budowanie domu od dymu z komina. Liczy się ranking i miejsce na nim, a nie wytwarzanie produktów i ich ewaluacji. Jak wskazałem produkty mogą być różne. Kto zmierzy co jest bardziej użyteczne i ma większy impact factor – artykuł naukowy w amerykańskim czasopiśmie czy popularyzująca książka dotyczącą antyszczepionkowców i sposób walki z nimi? To akurat przykład z moich własnych badań. Cóż z tego, że dostanę 50 punktów i przeczyta mnie kilkanaście osób, gdy w tym czasie polskie księgarnie zalewają dziesiątki pięknie wydanych na kredowym papierze książek promujących antynaukę, na przykład antyszczepionkowców. Podatnik płaci nam naukowcom i powinien mieć możliwość otrzymywania owoców naszej wiedzy.

Reforma nauki powinna uwzględniać i promować krążenie wiedzy naukowej w całym społeczeństwie. Tak, zgadzam się z reformatorami, że powinniśmy się umiędzynaradawiać, pisać w języku angielskim, ale równocześnie nie możemy odciąć się od potrzeb podatnika, który za to płaci. Mamy obowiązek odpowiadać na lęki społeczne, pokazywać skąd się biorą, poprzez upowszechnianie wiedzy łagodzić wstrząsy wywoływane pojawianiem się różnorakich innowacji. Nauka musi być obecna zarówno jako artykuł w Nature, jak i centra jej popularyzacji w nawet średniej wielkości miastach.  Pytanie brzmi, czy przy nadmiernym obciążeniu dydaktycznym, chronicznym niedofinansowaniu i zmienianiu reguł gry jest to możliwe.

Demokratyczna fabryka wiedzy


Tak, uniwersytet może być praktyczny, tak, możemy i powinniśmy mierzyć wyniki naszej pracy, ale najpierw powinniśmy mieć szansę cokolwiek wytworzyć, tak aby było co mierzyć i ewaluować. Badania naukowe nie powinny przypominać sieci społecznościowych gdzie wygrywa liczba „lajków". Nie powinny podlegać niedemokratycznej regule preferencyjnego przyłączania zwanej „efektem św. Mateusza". Opisany przez Thomasa Mertona na podstawie badań zrobionych przez jego małżonkę Harriet Zuckerman „efekt św. Mateusza", to diagnoza pewnego stanu, opis wzrostu cytowania „już cytowanych".

Artykuł Mertona nie mówi wiele o „fundamentalnej roli konkurencyjności w nauce", jak chce to interpretować jeden z prominentnych ekspertów promujących reformę. To w ogóle nie jest tekst, który bezpośrednio wskazuje jakie polityki naukowe należy prowadzić. Zważywszy jednak, że z tekstu Mertona wynika, że „widzialność widzialnych" się zwiększa, podobnie jak „niewidzialność niewidzialnych", to wyciąganie wniosków dotyczących polityki naukowej ściśle jest powiązane z aksjologią, wizją tego jak pojmujemy politykę w ogóle. Gdyby Harriet Zuckerman wpisano jako współautorkę badań i jej nazwisko umieszczono obok Mertona byłaby prawdopodobnie tak, jak on w podręcznikach socjologii. Dziś jest znana raczej specjalistom w polu badawczym, jej nazwisko nie przebiło się do obiegu popularnego. Jeżeli jesteśmy zwolennikami spencerowskiego czy nietzscheańskiego modelu: „wygrywają wygrani i tylko to się liczy", to faktycznie „Efekt św. Mateusza" jest dobrym przepisem.

Jeżeli jednak na podstawie wiedzy z historii nauki oraz demokratycznych przekonań politycznych, zakładamy, że nauka jest w dużej mierze oparta o kooperację i przyświecać jej powinna bezinteresowność, wtedy mechanizm opisany przez Mertona-Zuckerman jest przestrogą. W tym ujęciu musimy umieć „wszyć" zabezpieczenia w obieg publikacji naukowych, mechanizmy komunikacji naukowej, aby przeciwdziałać patologiom, które mogą towarzyszyć temu efektowi.

Co więcej uważam, że uniwersytet powinien być fabryką wiedzy, w tym nie ma nic złego, wszystko tylko zależy, jaką fabryką. Demokracja w świecie kapitalistycznym nie przekracza bramy fabryki, stąd często fabrykę przeciwstawiamy wizji twórczej, wyzwolonej jednostki. To niej jest konieczna wizja. Fabryka, w tym fabryka wiedzy, to może być także wspólnotowe wytwarzanie, podział pracy, dzielenie się wiedzą i wysiłkiem to radość z odkrywania, to także radość z przekształcania świata. Warunkiem jest demokratyzacja tej fabryki – współpanowanie nad środkami produkcji. W takiej fabryce jest miejsce na wzajemną ocenę, czy jak to się dziś modnie mówi ewaluację. Przypominam – oceniajmy i mierzmy wszystkie funkcje nauki: techniczno-instrumentalną, społecznie użyteczną i emancypacyjno-krytyczną.

Bez tego tworzymy „uniwersytet potiomkinowski", czyli pozór, który podobnie jak atrapy wiosek budowanych przez gubernatora Potiomkina ma ładnie wyglądać w oczach władców, ale jest pustą makietą z klakierami wznoszącymi radosne okrzyki.( Źródło: Le Monde diplomatique).

Andrzej W. Nowak

   
 


Przedruki tekstów tylko po uzyskania zgody redakcji EuroPartner



Witryna, na której się znalazłeś wykorzystuje pliki cookies, dalsze korzystanie z niej oznacza wyrażenie zgody na wykorzystanie plików cookies. Więcej informacji znajdziesz w Polityce Prywatności.

Tak, rozumiem