Wydanie nr: 4 (207) LIPIEC 2022
ISSN 1643-0883 | RPR 1392












Pomnik Paderewskiego

Uniwersytet im.Adama Mickiewicza





Gmina Kleczew











Natalii Drukarnia Etykiej

Zakład Gospodarki Komunalnej i Mieszkaniowe w Kleczewie















JAWI





































Przegląd prasy: "Wojny zbożowe"/ fragmenty...

„Prawie 25 mln ton zboża utknęło obecnie w Ukrainie i nie może opuścić kraju z powodu blokady portów morskich i problemów infrastrukturalnych”, twierdzi Josef Schmidhuber, cytowany przez magazyn „Fortune” ekonomista Organizacji Narodów Zjednoczonych Wyżywienia i Rolnictwa (FAO). Od początku konfliktu ostrzegają również inni eksperci. Już na początku marca główne ukraińskie porty na Morzu Czarnym – Odessa, Mariupol i Berdiańsk – zostały zablokowane przez marynarki wojenne Rosji i Ukrainy. W czasach pokoju eksportowano tą drogą 75% miejscowej pszenicy do krajów Bliskiego Wschodu i Afryki. (Fotomontaż: Internet )

Do tych problemów dodać należy wstrzymanie eksportu pszenicy przez Indie, ograniczenia nałożone na Federację Rosyjską oraz przyjęty przez Chiny zakaz eksportu tego zboża. W efekcie mieszkańcom wielu afrykańskich krajów głód zajrzał w oczy.
Dramat jest tym większy, że w ubiegłym roku zbiory głównych zbóż na świecie były niezłe, a w ukraińskich, rosyjskich, chińskich, indyjskich i europejskich magazynach jest pszenica. Tymczasem na skutek wojny w Ukrainie i sankcji wprowadzonych przez kraje zachodnie wobec Kremla milionom ludzi grożą głód, wojny domowe i migracje.

Mykoła Solski, minister polityki rolnej i żywności w obecnym rządzie Ukrainy, przewiduje, że późną jesienią za tonę pszenicy trzeba będzie zapłacić 700 dol. Dziś jej cena na Chicago Mercantile Exchange wynosi ok. 430 dol. To świetna wiadomość dla spekulantów i fatalna dla mieszkańców Libanu, Libii, Tunezji, Somalii oraz innych państw afrykańskich. Zachód, który zapowiada pomoc i szuka pieniędzy, musi też znaleźć sposób, by wywieźć pszenicę z Ukrainy. A coraz więcej polityków, ekonomistów i dziennikarzy powtarza, że „czasy taniej żywności minęły”. Zaczęły się prawdziwe „wojny zbożowe”.

41 dni w kolejce na granicy

Komisja Europejska świetnie zdaje sobie sprawę z zagrożeń, które pojawiły się w związku z kryzysem na rynku zbóż, Josep Borrell, wysoki przedstawiciel Unii ds. zagranicznych i polityki bezpieczeństwa, oświadczył, że Unia powinna pomóc Ukrainie opróżnić magazyny ze zbożem. Dlatego KE zabrała się do opracowania planu ratunkowego, lecz musi minąć trochę czasu, nim zacznie on być realizowany. Na razie sytuacja jest fatalna.

11 maja ukraiński portal Rail.insider opublikował informację, że na przejściu granicznym z Rumunią Vadul-Siret-Dornești w obwodzie czerniowieckim tiry na odprawę czekają 41 dni. W kolejce stało 4719 pojazdów, z których 3282 były wyładowane pszenicą.

Na granicy ze Słowacją jest lepiej – na przejściach Czop-Čierna nad Tisou oraz Użhorod-Maťovce trzeba stać 16-17 dni. Podobna sytuacja jest na granicy z Polską. Różnice wynikają z tego, że z Humania w centralnej Ukrainie do rumuńskiego portu w Konstancy ciężarówki mają do pokonania ok. 1 tys. km po względnie bezpiecznej trasie, podczas gdy do portu w Gdyni – 1,5 tys. km.

Łącznie w połowie maja w kolejkach na zachodnich granicach Ukrainy stało ponad 31 tys. tirów i dla wszystkich jest jasne, że transport drogowy nie rozwiąże problemu eksportu ukraińskiej pszenicy. Potrzebne są inne rozwiązania.

Niemiecki minister rolnictwa Cem Özdemir powiedział w jednym z wywiadów, że kraje unijne szukają sposobów, by wywieźć pszenicę drogą kolejową i rzeczną – Dunajem. Nie będzie to łatwe, gdyż rozstaw torów w Ukrainie jest inny niż w krajach europejskich. Poza tym część ukraińskich linii kolejowych została zniszczona przez rosyjskie lotnictwo i ostrzał rakietowy. Nie wspominając o tym, że pierwszeństwo należy się transportom paliwa, amunicji i uzbrojenia. Wagony z pszenicą szybciej dojadą do granicy, jeśli skład ma specjalną przepustkę.

A gdy już znajdą się na stacji końcowej, ziarno musi zostać przeładowane do wagonów z europejskim rozstawem kół. Wojna ujawniła, że na stacjach granicznych po ukraińskiej stronie brakuje urządzeń, które mogłyby przyśpieszyć ten proces. Trudno temu się dziwić, w przeszłości koleją wywożono z Ukrainy śladowe ilości pszenicy, więc nikt nie sądził, że jakieś urządzenia przeładunkowe będą potrzebne.

Komisja Europejska wyasygnowała już środki na zakup specjalnych ładowarek i taśmociągów, które mają poprawić sytuację na zachodnich przejściach granicznych Ukrainy. Na razie bez odpowiedzi jest pytanie, czy najpierw PKP Cargo poradzi sobie z koniecznością przewiezienia znacznie większych niż dotychczas ilości pszenicy. A potem, czy polskie porty sprostają wyzwaniu.Wszak nie są z gumy.

Opróżnić magazyny przed żniwami

Już pojawiły się oferty z Kłajpedy i Rygi, która po rezygnacji Rosji z usług przeładunkowych ma sporo wolnych mocy. Podobnie jak koleje łotewskie, które także muszą sobie radzić z rosyjskim bojkotem. Niestety, oznacza to wzrost kosztów i wydłużenie terminów dostaw.

W przypadku skorzystania z oferty Litwy i Łotwy ukraińscy pośrednicy będą musieli zaoferować znaczne upusty w cenach, by wszyscy mogli na handlu zbożem zarobić.

Poszukiwane są też inne rozwiązania. W zachodnich mediach pojawiły się spekulacje o poufnych rozmowach z Rosją na temat zdjęcia blokady morskiej portu w Odessie. W zamian Zachód miałby zaoferować złagodzenie sankcji. Gdyby tak się stało, z pewnością udałoby się opróżnić ukraińskie magazyny przed tegorocznymi zbiorami.

Lecz jeśli nawet Kreml zgodziłby się na takie warunki, nie wiadomo, jak by zareagował na wiadomość, że amerykańskie, brytyjskie lub tureckie trałowce mają się zająć rozminowaniem podejść do odeskiego portu. O oczyszczenie z min Morza Czarnego już w kwietniu do obu stron bezskutecznie apelowała Międzynarodowa Federacja Pracowników Transportu.

W ocenie Moskwy nie ma żadnych powodów, by pomagać Ukrainie i jej zachodnim sojusznikom. Zwłaszcza że oskarżają oni Rosjan o wszystkie możliwe zbrodnie, w tym o rabunek 500 tys. ton zbóż z silosów, które znajdowały się na zajętych przez nich terenach obwodów chersońskiego, zaporoskiego i mikołajewskiego.

W połowie maja CNN informowała o rosyjskim masowcu „Matros Pozynich”, który miał transportować ukradzione w Ukrainie zboże do Egiptu. Władze tego kraju nie wpuściły statku do portu w Aleksandrii, więc popłynął do Bejrutu, ale i tam mu podziękowano. Ostatecznie zawinął do syryjskiego portu Latakia. Amerykanie podejrzewają, że zboże z „Matrosa Pozynicha” zostanie w nim przeładowane na inne jednostki i sprzedane. (Źródło: Tygodnik Przegląd nr 22/2022 - autor: Marek Czarkowski ).  


Przedruki tekstów tylko po uzyskania zgody redakcji EuroPartner


Czy możliwa jest ekonomia umiaru? ( Część 1 )...

Modne stało się ostatnio mówienie o roz¬woju świata, także gospodarki w kate¬gorii szoków: gospodarczych, sanitar¬nych, środowiskowych, klimatycznych itp. Szoki zmieniają świat, ale nie jest to świat determini¬styczny, fatalistyczny czy katastroficzny - dużo, choć nie wszystko, zależy od ludzkich wyborów. Proporcje pomiędzy tym, co zależy od nas a tym, co zależy od innych czynników są zmienne, dy¬namiczne i dodatkowo poddane oddziaływaniu sprzężeń zwrotnych. Ewolucja świata pod rządami człowieka to proces ścierania się dwóch żywiołów.

• uwarunkowań naturalno-środowiskowych — tolerancja i adaptacyjność środowiska na¬turalnego do nowych sytuacji wytworzonych przez nas;
• wypadkowej wynikającej z działań ludzkich podporządkowanych w tendencji archetypo¬wi homd oeconomicus.

W miarę rozwoju gospodarczego, społeczne¬go, ogólniej cywilizacyjnego, ten drugi żywioł zyskuje, i to w bardzo przyspieszonym tempie, na znaczeniu, w skrajnym ujęciu zagrażając na¬wet ciągłości naszej cywilizacji.

Wielkie zagrożenia, ale i szanse

Wydaje się, że dobrym punktem wyjścia w myśle¬niu o wyzwaniach stojących przed naszą cywili¬zacją może być konwencja analizy SWOT. W kla¬sycznej analizie SWOT mamy do czynienia raczej z podejściem zero-jedynkowym: z jednej strony są silne i słabe strony, a z drugiej szanse i zagrożenia. W nowszych podejściach następuje odejście od tej zero-jedynkowości - coś, co na pierwszy rzut wydaje się zagrożeniem, może stać się szansą, a jednocześnie - można by niestety powiedzieć, że szanse mogą też stać się zagrożeniami (przy¬kładem wynalezienie energii atomowej).

Swego rodzaju regułą jest, że w prowadzeniu działalności gospodarczej i szerzej w procesach rozwoju gospodarczego co jakiś czas pojawiają się różnego rodzaju zakłócenia, wstrząsy, turbulencje, które zwykło się nazywać szokami. Mogą być one spowodowane czynnikami po-chodzącymi z wnętrza systemu gospodarczego, ale mogą być także wywołane przez przyczyny spoza tegoż systemu.

Do opisu szoków mogących na znaczną skalę i w burzliwy dynamiczny sposób wpływać na przebieg procesów gospodarczych używa się czasami metafory „czarnych i białych łabędzi". W ich wyjaśnianiu najważniejsze nie jest to, z jakim rodzajem łabędzia mamy do czynienia, ale sama jego idea łabędzia. Próba przewidzenia czarnych łabędzi jest, już u podstaw, skazana na porażkę, co wynika bezpośrednio z ich natury. W naszym otoczeniu nie brak jednak szarych łabędzi, zatem zjawisk wyobrażałnych, mniej zaskakujących, dających ująć się, przynajmniej częściowo, w modelowaniu statystycznym. Warto być świadomym zjawisk, które mogą się wy¬darzyć w nadchodzących latach, miesiącach, lub które już zaczęły się dziać i będą oddziaływać w przyszłości na rzeczywistość.

Z szoków, które pojawiły się w XXI w. na największą uwagę zdają się zasługiwać następujące wstrząsy: światowy kryzys finansowy 2008-2011, fala populistycznych nastrojów w systemach politycznych w wielu krajach, wyjście Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej określane mianem brexitu, pandemia COVID-io. czy napaść Rosji na Ukrainę. Można zadać pytanie - co będzie dalej?

Wszystkie szoki uderzające w naszą cywilizację w pierwszej kolejności stanowią zagrożenie, podważając względną równowagę jej funkcjonowania, ale mogą też być traktowane jako okazja do uświadomienia nam niebezpieczeństw, jakich może ona doświadczać, czy raczej my możemy doświadczać, co może być zachętą do podjęcia zmian, aby te zagrożenia zneutralizować, zmniejszyć, przesunąć w czasie, oddalić. Żeby tak się stało, cywilizacja musi mieć zdolność odczytywania, rozumienia i interpretacji pojawiających się zagro¬żeń oraz podejmowania działań odpowiadających czy wręcz wyprzedzających te zagrożenia.

Co robić, by mimo wszystko chronić, a nie szkodzić?

Na początku warto odpowiedzieć na pytanie, czego miałaby dotyczyć tytułowa gospodarka umiaru? Najkrócej rzecz ujmując, chodzi tutaj o umiar w:

• eksploatacji środowiska - przykładowo z uwzględnieniem wy¬mogów zielonej gospodarki czy gospodarki okrężnej,
• w tworzeniu negatywnych konsekwencji dla klimatu,
• w konsumpcji energii,
• w korzystaniu z zasobów nieodnawialnych,
• w konsumpcji w ogóle (w tle konsumeryzm niekiedy mylony z konsumpcjonizmem, overconsumptibn, czyli nadkonsumpcja, a więc konsumpcja ponad realne potrzeby czy wręcz rozpasanie konsumpcyjne versus zrównoważona konsumpcja),
• w nierównościach,
• w budżetowaniu na poziomie państwa - kwestia wielkości długu publicznego i jego „przekazywania" następnym pokoleniom,
• w wydatkach gospodarstwa domowego,
• w marnotrawstwie różnych produktów, czego jesteśmy sprawcami.

Mając to wszystko na uwadze, można wyróżnić trzy koncepcje gospodarki - nadmiaru, niedoboru i równowagi, czyli umiaru. Inna jej typologia, biorąca pod uwagę zagadnienie umiaru to neoliberalizm, kapitalizm państwowy i gospodarka umiaru. Prof. dr hab. Maciej Bałtowski uważa, że zachowaniami ludzkimi powinna rządzić zasada moderacji zamiast zasady maksymalizacji - zarówno u przedsiębiorców, jak i u konsumentów. Jego zdaniem gospodarka umiaru może udać się tylko w skali globalnej. Aby to się stało, niezbędny jest przełom aksjologiczny o charakterze antyindywidualistycznym, czyli odejście od homo oeconomicus. Uważa jednak, że obecnie to utopia. Gospodarka umiaru powinna stać się uświadomioną koniecznością, niezbędny jest przy tym globalny regulator takiej gospodarki. Inaczej grozi nam fiasko.

Jeśli zaś chodzi o wspomniane wcześniej łabędzie, to warto zaznaczyć, że białe i szare mogą być równie groźne, jak czarne - nad nimi też trzeba pracować. Wśród szarych łabędzi krótko¬okresowych mamy inflację, łańcuchy dostaw, dług publiczny, po¬litykę monetarną, podatkową, Polski Ład i podobne posunięcia, zwłaszcza w perspektywie cyklu wyborczego itp. Szare łabędzie o dłuższej perspektywie to nie¬równości społeczne, klimat i demografia - tak sprawę ujmują słynni ekonomiści francuscy Jean Tirole i OHvier Blanchard.

Jestem przekonany, że w debacie publicznej musi być miejsce na kategorie, które z pozoru mogą wydawać się utopiami, ideałami bez pokrycia, oderwanymi od życia typami idealnymi. Chodzi mi o konieczność odejścia od myślenia wyłącznie doraźnego, ad hoc, pod presją i krótkookresowego, podporządkowanego rozwiązywaniu wyłącznie bieżących problemów. Archetypy takich kategorii stanowią pojęcia dobra wspólnego i racjonalności globalnej.

Oprócz archetypów czy typów idealnych przez niektórych uważanych za pozornie niemające znaczenia, powinny jednak istnieć także katego-rie swego rodzaju wzorców czy benchmarków, dające poczucie wykonalności, możliwości osią¬gnięcia, operacjonalizacji — podałbym tutaj dwie przykładowe kategorie z tej grupy: ONZ-owskie cele zrównoważonego rozwoju oraz koncepcję „dobrej" globalizacji.

Jeśli chodzi o cele zrównoważonego rozwoju, to - jako że zajmuję się w moich badaniach biznesem międzynarodowym — pozwoliłem sobie zgłosić następującą propozycję: elementem społecznej odpowiedzialności każdej firmy prowadzącej biznes w skali międzynarodowej powinna być mapa form strategii zagranicznej ekspansji przedsiębiorstwa powiązana z celami zrównoważonego rozwoju. Wypracowany przez ONZ zestaw celów stanowi ambitną ideę, powo¬dzenie realizacji której zależy od dwóch głównych czynników. Pierwszym są polityki gospodarcze prowadzone przez poszczególne państwa i ich koordynacja, uzgadnianie w skali międzynarodowej. Drugi to zachowania głównych aktorów gospodarki rynkowej, czyli przedsiębiorstw. Cele zrównoważonego rozwoju winny być przestrze¬gane jako strategiczne uwarunkowania albo ogra¬niczenia w budowie strategii rozwojowych firm.

Marian Gorynia


UWAGA: Część druga artykułu prof. dr hab. Mariana Goryni opublikujemy w wydaniu listopadowym.    



 


Przedruki tekstów tylko po uzyskania zgody redakcji EuroPartner



Witryna, na której się znalazłeś wykorzystuje pliki cookies, dalsze korzystanie z niej oznacza wyrażenie zgody na wykorzystanie plików cookies. Więcej informacji znajdziesz w Polityce Prywatności.

Tak, rozumiem